Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców
Jezus w obozie uchodźców

Uchodźcy. Trudny temat. Opinie na ich temat są mocno podzielone – także w świecie chrześcijańskim. Właśnie dlatego pewnego listopadowego dnia 2015 roku zdecydowaliśmy się pojechać do obozu uchodźców. Jechaliśmy tam z różnym myślami w głowach, z różnym nastawieniem, z rozmaitymi obawami, i wróciliśmy zupełnie inni.

Pojechaliśmy tam, żeby pomóc w konkretnych sprawach: ktoś potrzebuje butów, a idzie zima; ktoś trafił do obcego kraju i trzeba mu wytłumaczyć, gdzie teraz jest i co się z nim stanie w najbliższych godzinach. Ale pojechaliśmy tam przede wszystkim jako chrześcijanie, bo wiemy, że właśnie jako chrześcijanie niesiemy i mamy do przekazania coś najcenniejszego – Chrystusa. Pojechaliśmy tam być z ludźmi: niezależnie od tego kim są i skąd pochodzą, niezależnie od tego czy są muzułmanami czy chrześcijanami. A jednocześnie wiele razy mieliśmy okazję modlić się za osoby, które spotykaliśmy, mówić z nimi – także z muzułmanami – wprost o Jezusie i doświadczać wraz z nimi Bożej obecności, Bożej mocy i Bożych uzdrowień.

Trafiliśmy do obozu w Chorwacji, w Slavonskim Brodzie, gdzie pracowaliśmy jako wolontariusze w pozarządowej organizacji Centrum Studiów nad Pokojem (CMS, Centar za Mirovne Studje). Pracowaliśmy w CMS ze wspaniałymi ludźmi z różnych krajów: koleżeńskimi, dzielnymi, wesołymi, oddanymi zaprowadzaniu sprawiedliwości.

Pracowaliśmy tam przez tydzień. Było bardzo intensywnie. Nasza praca polegała na dostarczaniu ubrań, zapewnianiu lekarza chorym, udzielaniu informacji uchodźcom, pomocy policji i innym organizacjom pozarządowym oraz monitorowaniu sytuacji. Ale najważniejsze było to, że mogliśmy przynosić radość i miłość ludziom, którzy bardzo tego potrzebowali. Pracowaliśmy w systemie zmianowym, gdyż obóz działał 24 h na dobę i przechodziło przez niego od 6 do 10 tysięcy ludzi dziennie. Wśród nich było wielu chorych, często z ranami wojennymi. Było dużo kobiet w zaawansowanej ciąży i z małymi dziećmi. Poznaliśmy też sporo osób mających stany lękowe, cierpiących na bezsenność. To byli ludzie, którzy naprawdę dużo przeszli. Ale jednocześnie to byli zupełnie normalni ludzie; ludzie tacy jak my, którzy próbowali w tej nienormalnej sytuacji normalnie żyć. Doświadczyliśmy od nich wszystkich bardzo dużo życzliwości – mimo, że byli stłoczeni, zmęczeni podróżą i ciężkimi przejściami, mimo że czasami musieli spać w obozie na zimnie pod gołym niebem. Potrzebowali nie tylko koca, ale też rozmowy i bycia wysłuchanym. Albo wspólnego pośpiewania czy pogrania w piłkę, żeby się rozgrzać i podnieść na duchu. Albo po prostu gestu życzliwego przywitania w nowym, obcym miejscu. A czasem – rozmowy o Bogu i modlitwy o uzdrowienie.

Długo można by opowiadać o wszystkim, co widzieliśmy i czego doświadczyliśmy. Wiemy, że nie poradzilibyśmy sobie z tym wszystkim – fizycznie i psychicznie – bez oparcia, którym jest Jezus. Doświadczyliśmy bardzo mocno, że Bóg może dać coś, co w tamtym momencie i w tamtym miejscu mogłoby się wydawać zupełnie nie na miejscu – radość, która wszystko przewyższa i przełamuje wszelkie okoliczności, trudności i podziały.

Wróciliśmy do Polski, obóz uchodźców w Slavonskim Brodzie zamknięto, około 150 osób przeniesiono do centrum azylowego w Zagrzebiu, większość uchodźców, którzy tam jeszcze byli deportowano do Grecji i Turcji. Ale problem wciąż jest, i wciąż każdy z nas może się włączyć w jego rozwiązanie.

Jezus mówi: ‘Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie” (Mt 25, 35). My też jesteśmy cudzoziemcami i pielgrzymami na tej ziemi, przyjętymi przez kogoś ze szczodrością. I wcale nie dlatego, że na to zasługujemy.

Rozumiemy, że problem kryzysu migracyjnego jest skomplikowany. Rozumiemy, że rodzi wiele uzasadnionych obaw, że debata o nim wymaga uważnego słuchania siebie nawzajem, że rozwiązanie go wymaga często niełatwych decyzji. Z naszej ludzkiej perspektywy może się to wydawać ciężarem nie do uniesienia. Ale z perspektywy Bożej – najbardziej realistycznej i realnej perspektywy na świecie – to szansa na spotkanie Jezusa we własnej osobie.

autor: Mateusz Piotrowski
1 comment

Odpowiedz na „adminAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *